Byłem niemieckim generałem – historia „Bradla”

Pomysł na artykuł dotyczący legendy polskiego podziemia Kazimierza „Bradla” Leskiego narodził się w mojej głowie już dawno temu. Życiorys tego wspaniałego człowieka jest tak ciekawy, że można by nim obdzielić kilka osób. Aż dziw bierze, że nie znalazł się jeszcze nikt, kto chciałby losy bohatera sfilmować, bo przy Bradlu agent J23 jest postacią  mało wyrazistą, a James Bond wydaje się zwykłym bawidamkiem. Pomyślałem, że idealnym pretekstem będą obchody 69. rocznicy powstania warszawskiego. W końcu Leski brał czynny udział w powstaniu i swoim wyjątkowym męstwem zapisał się na kartach historii.

PIC_2-7130

Porucznik Leski jako pracownik wywiadu AK z czasów okupacji wyłączony był z walki bieżącej. W trakcie przygotowań do mającego wkrótce wybuchnąć powstania w Warszawie nie został przydzielony do żadnego oddziału. O samym powstaniu dowiedział się, działając na własną rękę i w ostatniej chwili. Wychowany w duchu patriotycznym czuł się w obowiązku przyłączyć do zrywu niepodległościowego. Jeszcze przed nadejściem godziny „W” wydobył z konspiracyjnego lokalu swój służbowy pistolet i przystąpił do organizowania prowizorycznego oddziału ochotników złożonego z takich jak on „wolnych strzelców”. Wybuch powstania zastał go w rejonie placu Trzech Krzyży. Okolicę znał doskonale, gdyż były to jego rodzinne strony.

IMG_1881

Oprócz kolegi, którego spotkał w drodze do konspiracyjnego lokalu, udało się Leskiemu zmobilizować dodatkowo trójkę ochotników. Jeszcze z czasów działalności w tajnym referacie AK o kryptonimie „997” zajmującym się kontrwywiadem, pamiętał o niezmiernie ważnych dokumentach, które mogły znajdować się w archiwach Abwehry mieszczących się w gmachu Rüstungskommando przy al. Ujazdowskich (tzw. dom pod Gigantami). Postanowił wraz ze swoim oddziałem opanować gmach i pozyskać dla AK kartoteki niemieckiego wywiadu. Plan udało się w pełni zrealizować, co przesądziło o dalszych sukcesach oddziału. Kompletnie zaskoczeni Niemcy opuścili budynek. Co prawda okazało się, że nie było w nim już wspomnianych archiwów, ale uciekający żołnierze porzucili całkiem pokaźną ilość broni. Dozbrojeni powstańcy Bradla mogli skupić się na zajęciu kolejnych strategicznych miejsc w obrębie pl. Trzech Krzyży.

IMG_1872

Wkrótce w rękach powstańców znalazł się Soldatenheim (dom żołnierza), mieszczący się w przedwojennym gmachu Gimnazjum im. Królowej Jadwigi, oraz Instytut Głuchoniemych z legendarnym plutonem Żołnierzy Głuchych zorganizowanym jeszcze w czasie okupacji, który powiększył stan osobowy tworzącego się batalionu. W kolejnych dniach oddział, stosując opracowaną przez Leskiego metodę podkopów pod piwnice sąsiednich kamienic, zdołał opanować rejon pobliskich ulic na południowy wschód od pl. Trzech Krzyży.

trzech_1_03

20 sierpnia 1944 r. doszło do reorganizacji ciągle powiększającego się oddziału. Utworzono wówczas batalion AK „Miłosz” zawdzięczający swoją nazwę jego dowódcy mjr. Stefanowi Jastrzębskiemu.  Kazimierz Leski stanął na czele jednej z trzech wydzielonych z batalionu kompanii. Batalion „Miłosz” wsławił się niezwykle ofiarnymi walkami o gmach „Imki” (przedwojenna siedziba Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej – YMCA), budynki Sejmu na Wiejskiej, willę Pniewskiego i siedzibę ambasad francuskiej i chińskiej w rejonie Alei na Skarpie. Sam Bradl został we wrześniu awansowany do stopnia kapitana, a za męstwo odznaczony krzyżem srebrnym Virtuti Militari klasy V oraz trzykrotnie Krzyżem Walecznych. Tereny zajęte przez batalion AK „Miłosz” udało się utrzymać w zasadzie w niezmienionym kształcie do końca powstania.

IMG_1909

Powstańcze dokonania Kazimierza Leskiego choć imponujące stanowią tylko epizod w jego bogatym życiorysie. Urodził się 21 czerwca 1912 r. w Warszawie, gdzie ukończył Gimnazjum Państwowe im. Władysława IV, a później słynną Wyższą Szkołę Budowy Maszyn i Elektrotechniki im. H. Wawelberga i S. Rotwanda. Wiedza zdobyta na tej uczelni pozwoliła mu w 1936 r. wyjechać na praktyki do Holandii. Tam pracując w przemyśle stoczniowym, kontynuował naukę i został absolwentem Wydziału Budowy Okrętów Politechniki w Delft. Epizod holenderski w jego biografii zaowocował uczestnictwem w projektowaniu okrętów podwodnych „Sęp” i „Orzeł”, które holenderska stocznia miała wykonać na zamówienie polskiej marynarki wojennej.

Kazimierz Leski miał wiele zainteresowań. Uprawiał narciarstwo, boks, wspinaczkę wysokogórską, ale największą jego pasją od zawsze było latanie. O związaniu swojego życia z zawodem pilota myślał jeszcze w czasach gimnazjalnych. Marzenie to postanowił zrealizować. Po przejściu stosownych badań lekarskich i kursów rozpoczął naukę w Szkole Podchorążych Rezerwy Lotnictwa w Sadkowie pod Radomiem, gdzie zastał go wybuch II wojny światowej.

Leski wspominał po latach, że dostał przydział do załogi jednego z „Karasi” (polski bombowiec i samolot rozpoznawczy PZL.23). Spektakularne były już jego pierwsze wojenne przygody. 1 września był zmuszony startować w ekstremalnie trudnej sytuacji − w trakcie bombardowania lotniska. Spoglądał na wybuchające pod nim bomby i starał się przy starcie ustawić samolot w taki sposób, aby nie znaleźć się w polu rażenia. Warunki kampanii były bardzo ciężkie. Polskie lotnictwo znacznie ustępowało możliwościami i uzbrojeniem niemieckiej Luftwaffe. Leski miał udać się do Dęblina w celu uzupełnienia zapasów. Na miejscu okazało się, że jedyną bronią są wiązki granatów, które zamiast bomb miały być zrzucane na pozycje wroga.

PIC_1-W-1554

To co z pewnością ułatwiało walkę z najeźdźcą to pomoc rodaków, na jaką Leski zawsze mógł liczyć. Bradl zapamiętał z tego okresu postać Pana Kisiela, który użyczył swojego majątku na prowizoryczne lądowisko i z dumą oglądał samolot RWD-8 „zaparkowany” przed swoim gankiem w Samoklęskach, tych samych które Józef Weyssenhoff autor „Sobola i panny” przegrał w karty z krewnym samego cara (pisałem o tym przy okazji historii pałacu Klubu Warszawskiego Towarzystwa Myśliwskiego na Kredytowej).

Udział Leskiego w kampanii wrześniowej przerwała nagle niespodziewana inwazja ZSRR na Polskę 17 września 1939 r. W pobliżu Czortkowa uszkodzony został − na skutek ostrzelania − silnik jego Lublina, a ponieważ leciał na małej wysokości skok ze spadochronem nie wchodził w grę. Konsekwencją twardego lądowania był rozległy uraz kręgosłupa i głowy, złamany bark, połamane żebra i nogi. Bradl dostał się do sowieckiej niewoli, z której jednak szybko zbiegł do Lwowa. Już nigdy nie zasiadł za sterami samolotu, co nie znaczy, że był to koniec jego służby na rzecz ojczyzny.

Gdy tylko zaleczył rany w stopniu umożliwiającym jako takie funkcjonowanie, zabrał się do pracy konspiracyjnej. Wkrótce jednak stał się ofiarą zasadzki NKWD i kolejny raz musiał w brawurowy sposób salwować się ucieczką − przez okno WC skacząc na położony niżej balkon, a stamtąd na kolejne. W ten sposób pokonał aż trzy piętra. Od tego czasu już zawsze towarzyszyły mu częste bóle kręgosłupa.

Bradl1

Dokuczająca Kazimierzowi Leskiemu kontuzja otwiera nowy etap w jego walce z nazistami. Dochodzi do wniosku, że w takim stanie nie będzie przydatny w bezpośrednich potyczkach. Dlatego zamiast ewakuować się na zachód, decyduje się pozostać w kraju i zacząć działalność wywiadowczą. Przenosi się do Warszawy, gdzie nawiązuje kontakt z kpt. inż. Stefanem Witkowskim. Ten oficer posługujący się konspiracyjnym kryptonimem „Inżynier” zajmuje się w tym czasie tworzeniem organizacji podziemnej „Muszkieterowie”, a Leskiemu zleca zajęcie się kontrwywiadem i wywiadem komunikacyjnym. Liczne kontakty, umiejętności organizacyjne i przywódcze Leskiego sprawiają, że na sukcesy polskiego wywiadu nie trzeba długo czekać. Jego wydział przekazuje setki informacji na temat rozlokowania jednostek niemieckich, czy stacjonowania okrętów Kriegsmarine. Stale rozbudowywana jest siatka informatorów zakonspirowanych w niemieckich instytucjach.

W 1942 r. wobec rozbicia organizacji „Muszkieterowie” Kazimierz Leski tak jak większość jej członków zostaje wcielony do Oddziału II Komendy Głównej ZWZ/AK, gdzie prowadzi podobną działalność wywiadowczą. Zaczyna pracę w referacie „997”, którego działalność ogniskuje się wokół rozpracowania niemieckich struktur policyjnych i niemieckiego wywiadu wojskowego (Abwehra), a także wszelkich obcych wywiadów, które mogłyby w jakikolwiek sposób zagrozić polskiemu podziemiu. I na tym polu Leski odnosi liczne sukcesy. Powoli zbliża się czas, kiedy podziemne władze zlecą Bradlowi najbardziej odpowiedzialną i niebezpieczną misję w jego karierze.

Z prośbą o stworzenie całkowicie nowej, tajnej komórki wywiadowczej zwraca się do niego bezpośrednio szef II Oddziału Komendy Głównej ZWZ (później AK) ppłk. Marian Drobik „Dzięcioł”. Referat ma nosić kryptonim „666”, a jego najważniejszym zadaniem jest stworzenie od podstaw szlaku przerzutowego kurierów ZWZ/AK do Naczelnego Wodza w Londynie, dla lepszej komunikacji pomiędzy strukturami podziemnymi w kraju i władzami na zachodzie, a pośrednio również wywiadem brytyjskim. Dotychczasowy szlak prowadzący przez Słowację, Węgry, Rumunię do Francji nie sprawdzał się. Informacje często docierały zbyt późno i niejednokrotnie rozkazy były już nieaktualne. O wyborze Kazimierza Leskiego zadecydował fakt, że posługiwał się biegle kilkoma języków (podobno siedmioma), doskonale znał państwa Europy Zachodniej z okresu wyjazdów przedwojennych, a przede wszystkim sprawdził się jako świetny organizator. Był ponadto człowiekiem obdarzonym ponadprzeciętną inteligencją. Zastrzeżeń nie budziły też jego maniery, a przy tym był mężczyzną przystojnym, bez trudu nawiązującym nowe kontakty.

Leski_Kazimierz

Swoją misję Bradl zaczął od wyjazdów na krótszych odcinkach w granicach Rzeszy. W pierwszą podróż wybrał się do Berlina w przebraniu pracownika niemieckich Kolei Wschodnich (Ostbahn). W związku z prowadzoną wcześniej działalnością wywiadowczą doskonale znał siatkę połączeń. Miał też odpowiednie kontakty w strukturach, dzięki którym możliwe było przygotowanie fałszywych dokumentów. Później w kolejarskim przebraniu zapuścił się nawet do Belgii. Szybko zorientował się jednak, że podróż w takim charakterze wydaje się Niemcom podejrzana. Był szczegółowo sprawdzany zwłaszcza na granicy, kiedy opuszczał tzw. Starą Rzeszę. Wiedział już, że bycie pracownikiem kolei nie jest wystarczającą przykrywką, aby móc podróżować na większe odległości. Dzięki tym pierwszym wyjazdom zrozumiał, że najlepiej jest poruszać się w przebraniu niemieckiego żołnierza. Zaobserwował, że wojskowi nie są tak dokładnie weryfikowani, jeśli chodzi o cel ich podróży.

Na kolejną „wycieczkę” wybrał się już w przebraniu niemieckiego oficera. Bardzo pomocny w przygotowaniach do tej podróży okazał się warszawski światek przestępczy. Stołeczni kieszonkowcy (tzw. doliniarze) zadbali o to, by dostarczyć odpowiednie dokumenty. Przy ich pomocy działający na zlecenie AK fałszerze przygotowali mocne papiery wystawione na młodszego oficera do spraw fortyfikacji na froncie wschodnim. Efekt przygotowań przerósł oczekiwania Leskiego. Bez trudu i bez zbędnych pytań czy rewizji dostał się on do stolicy Francji. Przed polskim podziemiem otwierały się nowe perspektywy.

4lMRuEr

Wyjazd do Paryża pozwolił Bradlowi wyciągnąć kolejne wnioski. Podróżując w przebraniu młodszego oficera, nie rzucał się w oczy, ale nie był też w żaden sposób specjalnie traktowany. Wiązało się to z wielogodzinnym staniem na korytarzu w pociągu, co w związku z jego stanem zdrowia było niezmiernie uciążliwe. Kolejny wyjazd zaowocował wyjątkowo bezczelnym wyczynem. Leski postanowił „awansować się” do stopnia generała.

Zadanie przedarcia się do Francji a potem Hiszpanii w przebraniu niemieckiego generała, specjalisty od fortyfikacji na wschodzie należy do gatunku ekstremalnie trudnych i skomplikowanych. Leski perfekcyjnie posługuje się językiem niemieckim a to jest już duży atut, ale przed nim jeszcze wiele pracy. Konieczne jest uszycie generalskiego munduru, który nie wzbudzi u Niemców podejrzeń. Z pomocą przychodzi współpracujący z podziemiem krawiec, który w ramach swojej działalności faktycznie szyje mundury Niemcom i ma dostęp do autentycznych materiałów i dystynkcji.

Kolejnym problemem są wiarygodne dokumenty. Nie chodzi tylko o legitymacje i przepustki, ale dokumentację fortyfikacji niemieckich, uwiarygodniającą Leskiego w oczach wroga jako specjalistę w tej dziedzinie, który w Paryżu pojawił się w poszukiwaniu wyspecjalizowanej siły roboczej. Tym tematem zajął się wybitny ekspert w zakresie podrabiania dokumentów Stanisław Jankowski ps. „Agaton”, cichociemny zrzucony na teren okupowanej Polski po uprzednim wyszkoleniu przez wywiad brytyjski. Jego dokumenty były tak dobre, że w czasie podróży kartki żywnościowe gen. Juliusa von Hallmanna (bo taką tożsamość przybrał Leski) przedstawiane były za wzór innym oficerom niemieckim. Pozostawała rzecz najtrudniejsza, czyli zdobycie i przyswojenie wiadomości na temat niemieckich struktur wojskowych, regulaminu, zwyczajów, zachowań. Końcowy sukces Leski zawdzięczał wielu osobom, również oficerom którzy w tej wyprawie mu towarzyszyli.

agaton

Przebranie za niemieckiego generała okazało się strzałem w dziesiątkę. Wszystko odbywało się od tej pory o wiele spokojniej. W podróży nie zadawano zbędnych pytań, było też znacznie bardziej komfortowo. Po przybyciu do Paryża Leski skierował swoje kroki do Sztabu Gospodarczego (Wirtschaftstab VII), gdzie przyjęto go z należnymi honorami, zaoferowano wszelką niezbędną pomoc, wskazano biura pośrednictwa pracy, do których masowo ściągali francuscy wykwalifikowani pracownicy kuszeni wysokimi zarobkami na terenie Rzeszy. Generał von Hallmann otrzymał też przydział w jednym z najlepszych hoteli działających w stolicy Francji. Paryskie „gniazdko” stało się odtąd miejscem wypadowym. Mógł spokojnie i z sukcesem przecierać kolejne trasy łącznikowe na zachód.

W swoich wspomnieniach Kazimierz Leski opisuje Paryż z czasów okupacji jako zupełnie inny świat. Niektóre zachowania Niemców karnie stojących w kolejkach do kina, czy teatru lub pokracznie starających się używać języka francuskiego w kontaktach z miejscowymi wydają się Bradlowi komiczne. Jakże odmienna jest to sytuacja od tej, w jakiej znalazł się jego kraj. Nie da się jej porównać do doświadczeń wyniesionych z okupowanej Warszawy, gdzie niemiecki terror już dawno przekroczył wszelkie możliwe granice. Nie dziwi więc fakt, że na innych zasadach działa też francuska konspiracja.

PIC_37-398

W ramach jednej z akcji wywiadowczych Leski miał skontaktować się z przedstawicielem francuskiego podziemia. Zaprowadzono go do jednego z popularnych lokali. Po wejściu oczy obecnych w restauracji gości zwróciły się w jego stronę. Był przekonany, że stał się ofiarą prowokacji i czekał już tylko na nieuchronny moment aresztowania. Tymczasem francuski oficer uspokoił go i po kolei, wymieniając nazwiska, przedstawił wysokich rangą kolegów. W ciągu kilku minut złamano wszelkie znane Bradlowi żelazne zasady konspiracji. Wystarczyłaby jedna akcja niemieckiej policji i francuski ruch oporu praktycznie przestałby istnieć.

Ostatnią brawurową i wyjątkowo niebezpieczną akcją generała Juliusa von Hallmanna było wydobycie planów niemieckiego systemu umocnień znanego pod nazwą Wału Atlantyckiego. Kazimierz Leski, po uprzednio uzyskanej zgodzie przełożonych, zgłosił się do Wirtschaftstab VII i jako specjalista od umocnień zaoferował swoją pomoc w przygotowaniu projektów budowy. Zdobyty podczas tej operacji materiał okazał się nieoceniony podczas planowanej przez aliantów ofensywy na zachodzie. Leski miał jednak wyjątkowe szczęście. Aż trudno uwierzyć, że nikt nie postanowił skontaktować się z właściwymi ludźmi na froncie wschodnim, aby sprawdzić tożsamość tajemniczego oficera. To ostatnie zadanie okazało się sukcesem. Kazimierz Leski poprosił jeszcze „kolegów” ze Sztabu Gospodarczego o zaliczkę w wysokości 500 marek i wyjechał z Paryża. Po latach napisał, że były to uczciwie zarobione pieniądze za jego wkład w budowę Wału Atlantyckiego. Do francuskiej stolicy jako generał Julius von Hallmann już nie wrócił. Co prawda próbował jeszcze jednej wyprawy, podszywając się pod generała Karla Leopolda Jansena, ale mimo zmienionego wyglądu został rozpoznany przez pracownika hotelu, w którym już wcześniej kwaterował. Tym samym, wobec dużego ryzyka dekonspiracji, Kazimierz Leski zakończył ten etap swojej działalności wywiadowczej.

IMG_1883

Powojenne losy Bradla są bardzo zbliżone do życiorysów innych „żołnierzy wyklętych”. Nowa ludowa ojczyzna nie uznała jego zasług. Już w 1945 r. został aresztowany. W trakcie prowadzonego przez bezpiekę śledztwa był torturowany. Ogólnie znane są metody stosowane przez ubeków. Sadzanie na odwróconym taborecie i przypalanie papierosem czy bicie to tylko niewielka część wymyślnego katalogu tortur. W celi próbował popełnić samobójstwo. Usłyszał wyrok 12 lat więzienia. Wyszedł w 1955 r. na fali postalinowskiej odwilży. Zrehabilitowany został w 1991 r. Na wolności zajął się karierą naukową. Uzyskał doktorat nauk humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. W innych okolicznościach i z innym życiorysem miałby pewnie szansę na profesurę, ale ze względów politycznych nie było to możliwe. Zmarł w 2000 r. i został pochowany na Powązkach. Mało który polski bohater podziemia ma tak bogaty życiorys. Miejmy nadzieję, że filmowcy przypomną sobie o tej postaci. Byłaby to niedroga inwestycja. Scenarzystów przecież praktycznie nie trzeba zatrudniać.

 

One comment

  1. Łukasz napisał(a):

    Niezwykła postać. Zasługuje na szacunek, a tym bardziej na pamięć. Jednak mało kto to wie (tu muszę się przyznać, że tylko dzięki temu artykułowi się dowiedziałem tym bohaterze). Nie jest to wina społeczeństwa, tylko władzy, bo zamiast uczyć się o historii Polski i gloryfikować takie osoby, to w szkołach w kółko słyszy się o Mezopotamii, Egipcie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *